czerwca 25, 2017

NASZE 7 PIERWSZYCH AUT #Pontiac Fiero

NASZE 7 PIERWSZYCH AUT

nr 3 Pontiac Fiero



Tak to już w życiu bywa, nie wszystko co robimy jest przemyślane i zaplanowane. Zdarza się jakiś mniej lub bardziej silny impuls pod którego wpływem działamy. Tak było z tym samochodem, ale nie uprzedzajmy faktów.

Zdarzenia miały miejsce na przełomie wieku. Samochód nr 2 był już niemalże gotowy do użytku, po różnych perypetiach o których opowiedzieliśmy TUTAJ.

Mieliśmy kolegę, który miał na imię Piotr i miał piękne żółte Camaro. Powiedział nam, że jest świetny samochód do kupienia, tylko trzeba się śpieszyć i że jest to amerykańskie sportowe auto.
Wymienił nawet nazwę, która oczywiście nic zupełnie nam nie mówiła.
W tym czasie wujek Google robił postępy w liczeniu i pisaniu, ale odpowiadał na pytania tylko wąskiego grona inżynierów.

Który to dwudziestolatek nie chciałby przesiąść się do amerykańskiego samochodu, gdy w koło jeździło jeszcze mnóstwo Polonezów, "Maluchów", Żuków i innych pojazdów z poprzedniej, słusznie minionej epoki.

Udaliśmy się na miejsce, gdzie to cudo miało stacjonować, bo rzecz jasna, nie był to sprawny samochód. Gdy pierwszy raz ujrzeliśmy Pontiaca Fiero od razu się zakochaliśmy.
Ta miłość trwa do dzisiaj.

Samochód stał na jednej z bocznych ulic, był przykurzony, miał uszkodzone lusterka i zamki drzwi.
Nie było łatwo odnaleźć właściciela, ale po emocjonującym dochodzeniu udało się ustalić zadowalającą cenę i doprowadzić do transakcji.
Ponieważ silnik nie był uruchamiany od wielu miesięcy postanowiliśmy zamówić lawetę.
Tu warto zaznaczyć, że cena zakupu była na tyle niska, że transport lawetą był istotnym składnikiem pełnego kosztu spełnienia naszej nagłej, ale niezwykle silnej chęci posiadania tego pięknego samochodu.

Samochód był piękny. Niespotykanie niska sylwetka, 2,5 litrowy silnik umieszczony centralnie, proporcje nadwozia, wróżyły niesamowite wrażenia z jazdy oraz świetne prowadzenie w zakrętach.



Nie to co Wartburg który czasem miał ochotę dachować. Do tego dochodziła sama pozycja za kierownicą przywodząca na myśl fotel pilota w odrzutowych myśliwcach. Dreszczyk emocji budził zbiornik paliwa umieszczony pomiędzy fotelami.

Samochód był dwuosobowy. Za siedzeniami od razu silnik, a za nim niewielki bagażnik na dwie małe walizki. A siedzenia! Z głośnikami w zagłówkach- przypominam, że zdarzały się w tych czasach fotele zupełnie bez zagłówków, więc to było wielkie coś!



Pod przednią maską tylko spora chłodnica i koło dojazdowe. Po prostu obłęd. Nasz egzemplarz pochodził z roku 1985 i miał na liczniku niespełna sto tysięcy przejechanych mil angielskich. Przy tym była to najsłabsza wersja silnikowa! Taki silnik w tym lekkim aluminiowo-laminatowym nadwoziu robił robotę. A montowano jeszcze V-ki.

Fiero stanął przed domem i dopiero wtedy przyszła refleksja co by tu z nim dalej począć.
Brak ważnego przeglądu, brak OC, stan techniczny nie do końca znany. Wypadałoby uruchomić silnik. Jak radził znajomy stary mechanik, który potrafił naprawić wszystko dwoma młotkami i przecinakiem należało wpuścić po kropli nafty w cylindry aby po tak długim postoju silnik nie zrobił sobie krzywdy przy uruchomieniu. Po zakupie stosownego klucza do świec (ach te imperialne wymiary) ten starodawny rytuał jak nam się wtedy zdawało został odprawiony.
Silnik uruchomił się bez problemu.

Od pierwszego dnia "stacjonowania" samochodu, nie mogliśmy się opędzić od hordy zainteresowanych zakupem osobników.
Już pierwszego dnia po zakupie proponowano dziesięciokrotność tego co zapłaciliśmy.
Pokusa była silna, ale "miłości" się nie sprzedaje.
Do dzisiaj mam mieszane uczucia i czasem jednak dochodzę do wniosku, że należało się złamać.

Wszystko było na dobrej drodze, udało się naprawić zamki, dokupić akumulator, uporządkować wnętrze i doprowadzić do działania wszystkie światła, przełączniki, otwierane reflektory itd.

Do przeglądu technicznego brakowało tylko nieszczęsnych lusterek zewnętrznych. Udało się kupić podobne, pasujące, choć wykonane z tworzywa (oryginalne były aluminiowe). I wtedy nadszedł ten straszny dzień, gdy silnik przestał się odzywać!

Rozpacz, czysta rozpacz. Co robić? Usterka przerosła umiejętności amatora z domieszką mechanika i nie było rady. Trzeba szukać fachowca który się tego podejmie.

Większość mechaników odmawiała, a jeden stwierdził że drugi raz w życiu to on tego nie weźmie na warsztat, bo żeby się dostać do silnika to trzeba karoserię rozbierać!

Inni straszyli kwotami za naprawę rzędu kilkunastu "średnich krajowych". W Polsce nie było serwisu Pontiac'a, internet raczkował, Niewielu o takim aucie w ogóle słyszało i wiedziało jak wygląda.

Intratne oferty zakupu skończyły się wraz z niemożliwością uruchomienia silnika, choć pytających było kilku dziennie. W czasie gdy szukaliśmy kogoś kto się podejmie naprawy i uratuje nasz "amerykański sen" pojawił się nasz kolejny kolega.

Miał swój warsztat, sklep z częściami, lakiernię. Był mechanikiem i inżynierem. Zaproponował, że odkupi od nas Fiero, pomimo tego że się nie uruchamia. Poza tym w odróżnieniu od innych chętnych na zakup nie chciał z naszego kochanego Fiero zrobić żałosnej repliki Ferrari, tylko przywrócić ten samochód do dawnej świetności. Zaproponował też uczciwa cenę, która i tak była kilkukrotnie wyższa od tej którą my zapłaciliśmy.

Wypadało się zgodzić, choć z łzą w oku. W tamtym czasie nie miałem umiejętności ani środków aby sobie z tym poradzić.

Tak rozstaliśmy się z naszym "snem".
Dalsza historia samochodu też nie była do końca szczęśliwa. Został rozebrany na części pierwsze.
Wyprostowano mu ramę, gdyż miał widocznie w przeszłości jakąś stłuczkę i lewy przedni narożnik był uniesiony o 5mm.
Okazało się, że silnik był w stanie idealnym i nawet nie był "dotarty" po poprzednim remoncie. Do wymiany był rozrusznik i to była sprawa kluczowa. Był bardzo drogi, ale okazało się, że te pierwsze silniki były na japońskim osprzęcie i rozrusznik od Mazdy pasował idealnie. Kolega kupił taki na "szrocie" za 60 zł i za jego regenerację zapłacił 100.

Poza tym wyjaśniła się sprawa dostępu do silnika. Nie trzeba było rozbierać nadwozia! Wystarczyło odkręcić specjalne śruby za tylnymi wahaczami i nadwozie unieść do góry. Gdyby to wszystko było jasne od początku...

Remont samochodu niestety nie został ukończony. Mój kolega, ze względów zdrowotnych musiał przerwać pracę nad autem.
Nie wiem co dalej stało się z Fiero. Mam nadzieję, że jeszcze istnieje i ktoś nim się cieszy.

Nadal kochamy ten samochód. Może kiedyś uda się kupić podobny.

Tym samym kończymy pierwszy etap naszej historii o 7 pierwszych samochodach.
Etap nadziei i rozczarowań, marzeń i niepowodzeń. Kolejne pojazdy niebawem :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Prawie Idealni , Blogger