stycznia 08, 2017

Nasze 7 pierwszych aut #passat B1

Nasze 7 pierwszych aut

nr 2 Passat B1



Byliśmy nieco rozczarowani naszym pierwszym kontaktem z motoryzacją. Wartburg z jednej strony dał nam w kość, z drugiej rozbudził apetyt. Przy czym zauważyłem, że dość istotnym elementem pojazdu jest jego sprawne funkcjonowanie, nawet jeśli nie ma żółtych, dizajnerskich klamek.

Tym razem miało być inaczej. Podszedł do mnie kolega ze szkoły, który znał moje przygody z Wartburgiem i mówi:

- Mam dla Ciebie fajny samochód!
- Jaki?
- Volkswagen Passat! 1.6 litra, 85 koni i to jest czterosuw. Fajne auto i w okazyjnej cenie - wyrecytował.
- A stare to? I jaka cena? - spytałem.
- Oj tam stare, tylko rok starsze od Warturga. Ale to auto z zachodnich Niemiec, a nie wschodnich.
- No dobra, a ile to ma kosztować?
- Pięćset.
- Czemu tak tanio?
- Wiesz, kumpel ma już drugie, BMW i tego musi się pozbyć, bo się kończy OC i przeglądu nie ma.
- To jak nie ma przeglądu, to pewnie niesprawne - powiedziałem ze zwątpieniem.
- Zaraz tam niesprawne, trochę się grzeje, ale to se uszczelkę wymieniasz i po kłopocie.
- No dobra, mogę je obejrzeć - powiedziałem.
- Zobaczysz, fajna fura, stary to jest "coupe", wygląda super.


Kilka dni później oglądałem to auto. Okazał się to dwudrzwiowy passat B1 z roku 1978, czyli po "lifcie". Tyle, że to nie było żadne "coupe", tylko dwudrzwiowy hatchback. Kolor zielony.
Całkiem fajnie się prezentowało, a dla kogoś kto miał niespełna dwadzieścia lat i do tej pory miał tylko Wartburga, prezentowało się świetnie. Ale gdy podszedłem bliżej...

- Dlaczego on ma na dachu folię i taśmę klejącą? - spytałem.
- A, bo widzisz, to niespodzianka! - powiedział mój kumpel - dostaniesz gratis "szyberdach"!
W tym momencie pojawił się właściciel passata z szerokim uśmiechem i szyberdachem w rękach.
To był kumpel mojego kumpla i dziś mam wrażenie, że mój kumpel był bardziej jego kumplem niż moim.
- Szyberdach niedawno kupiłem i masz już w dachu wycięty pod niego otwór - powiedział sprzedający.
- No dobra. To co, zapalimy go? - spytałem.
- Pewnie, wsiadaj.
Samochód dopalał bez problemu i jeździł. Nie działał prędkościomierz na co była odpowiedź:
- Pewnie linka spadła - założysz sobie.

Potem dowiedziałem się, że silnik się grzeje co jest pewnie winą uszczelki, którą sobie łatwo wymienię, bo to tylko uszczelka. Reszta była spoko, silnik ładnie pracował, zawieszenie nie hałasowało i samochód jechał prosto. Zdecydowałem się go kupić, ale problemem był brak przeglądu. Transport lawetą był równowartością ceny zakupu. Mój kumpel zadeklarował się, że dostarczy mi go pod dom. Tak też się stało. Tak stałem się posiadaczem tego samochodu.

Postanowiłem sprawę potraktować poważnie i bez kompromisów. Szczególnie, że po pierwszym deszczu okazało się, że najbardziej naglącą sprawą jest zamontowanie szyberdachu, bo woda leje się do środka. W trybie pilnym usunąłem z dachu folię i taśmę klejącą i zabrałem się do montażu. Moje zdziwienie było ogromne. Szyberdach nie pasował! W uproszczeniu otwór był bardziej zbliżony do prostokąta, a szyberdach był bardziej pozaokrąglany. Wyglądało jakby ktoś najpierw wyciął dziurę, a potem kupił szyberdach. Ciskając przekleństwa udałem się autobusem na jeden z podmiejskich "szrotów". Moja smutna historia wzbudziła tam festiwal szczerbatych uśmiechów. Nie mieli nic, co  mogłoby tam pasować. 
Znowu padał deszcz. Otwór zabezpieczyłem nieco staranniej i nie było tak źle. Po jakimś czasie kupiłem uszczelkę bocznej prostokątnej szyby od jakiegoś starego bussa, chyba IFA, która pasowała idealnie i w końcu szyberdach był na miejscu i nic już nie ciekło.

Mogłem przystąpić do usuwania kolejnych usterek, aby w końcu móc pojechać na przegląd. Linka prędkościomierza faktycznie nie znajdowała się na swoim miejscu, ale nie w tym był problem. Ktoś redukując przebieg kilometrów uszkodził coś w zegarach i musiałem je wymienić w całości. Kolejna wycieczka na szrot. 
Byłem nawet zadowolony, bo kupiłem takie zegary z mniejszym przebiegiem :)
Następnym krokiem było wypranie i wysuszenie całej tapicerki i foteli. Gdy zdejmowałem wykładzinę z podłogi znalazłem tam korozję. 
Widocznie problem z szyberdachem istniał znacznie dłużej niż twierdził sprzedawca. 

Jak wspomniałem nie było tu nic na łatwiznę. Podłoga została oczyszczona mechanicznie, potem chemicznie, potem zamalowana farbą antykorozyjną przeznaczoną do kadłubów barek rzecznych, a na koniec pomalowana na czarno. Gdy schło sobie wyprane wnętrze oraz farba na podłodze mogłem zabrać się za usunięcie ostatniej usterki, czyli wymianę jakiejś tam uszczelki przez którą silnik się grzał. 

Okazało się, że to nie żadna tam uszczeleczka za kilka złotych, tylko uszczelka pod głowicą, która kosztowała ponad 20% wartości samochodu. Przy okazji, od znajomego ojca dowiedziałem się, że trzeba zrobić planowanie głowicy. Chcąc nie chcąc odkręciłem głowicę i co się okazało? 
Uszczelka była dobra, nie miała uszkodzeń i niepotrzebnie się za to zabrałem. Problem był w termostacie, który sprawdziłem wrzucając go do gorącej wody i faktycznie się nie otwierał. Szarpnąłem się na nowy termostat i już zabierałem się do zmontowania wszystkiego, gdy pojawił się na horyzoncie samochód który zmienił wszystko. Zdewastował psychikę, przebiegunował świat. Ale to już inna historia którą niebawem dla Was opiszę.

A tu auto nr 1 Wartburg



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Prawie Idealni , Blogger