stycznia 01, 2017

Mój pierwszy udany pościg

Mocny tytuł, nie? To był jakiś nieudany? Był, ale zostanie on opisany przy samochodzie nr *4.



No wiec, było to jakiś czas temu, w którąś z sierpniowych sobót 2014 roku. Trzeba było udać się rano do apteki.
Tak, nawet jak się ma w domu apteczkę przygotowaną na 8 lat nuklearnej zimy, to czasem trzeba.
Od razu wyskoczyłem "przed szereg", że pojadę ja, bo miałem już uknuty w myślach niecny plan odwiedzenia "po drodze" sklepu z aerografami, który w tygodniu ma nieludzkie godziny otwarcia.

Jadę naszym czerwonym Chevroletem, aktualnie posiadanym samochodem. Zaczyna padać, więc jadę nieśpiesznie i wjeżdżam na skrzyżowanie na którym mam pierwszeństwo. Z lewej coś stoi na podporządkowanej. Z prawej, na podporządkowanej stoi sobie czerwony Daewoo Matiz. I jak jestem na środku skrzyżowania to ten cholerny Matiz rusza i wali mi w prawy bok. W ułamku sekundy widziałem to kątem oka i próbowałem uciec "przytulając się" do osi jezdni i mijając samochód z przeciwka na grubość lakieru na lusterkach. Uderzenie nawet nie było zbyt mocne. Od razu za skrzyżowaniem jest zatoczka dla autobusów, więc zatrzymałem się, włączam kierunkowskaz i powoli zjeżdżam do zatoczki. Patrzę w lusterko czy Matiz robi to samo, bo mam już przykre doświadczenia. Widzę, że włącza też kierunkowskaz i zaczyna zjeżdżać do zatoczki za mną, więc pozbywam się obaw.
I nagle Matiz się rozmyśla i daje kitę do przodu. Robię to samo. Łapię telefon, dzwonię do Ani i podaję jej numer rejestracyjny. Ucieka mi dynamicznie jak na taki pojazd, trzymam się za nim, w terenie zabudowanym jedziemy już jakieś 80 km/h. Za szybko żeby robić fotkę komórką, czy kręcić filmik a rejestratora nie posiadamy. Jestem tuż za nim, a ten zbój zaczyna jechać środkiem drogi, samochody z przeciwka zjeżdżają na chodnik w popłochu.
Dzwonię na Policję. I tu miłe zaskoczenie, bo po wybraniu ogólnego telefonu, szybko połączono mnie z najbliższym komisariatem a oni połączyli mnie z najbliższym radiowozem! Brawa dla Policji, byłem tym bardzo miło zaskoczony. W takich sytuacjach dobrze jest podać spokojnie gdzie się jest, opisać samochody i kierunek w którym się jedzie, oraz podać tel. do siebie aby ułatwić kontakt w przypadku zerwania połączenia. Ale wracamy na drogę.
Znowu jestem blisko niego, zwolnił nieco i skręcił na rozwidleniu w prawo. Nie mam jak go wyprzedzić, ale już jestem pewien swego bo ta droga jest zamknięta, w remoncie. Cały czas rozmawiam z policjantami. Przejechaliśmy już ze 3 km i wiem, że za chwilę droga się skończy. Po jakiś kilkuset metrach Matiz hamuje przed barierami rozstawionymi w poprzek drogi, za którymi stoi spora koparka. Koniec jazdy. Zatrzymuje się za nim i wysiadam. Biegnę do niego, a ta podła istota rusza i wjeżdża na chodnik! Wracam do auta. Nieco się oddalił, bo jedzie po wąskim chodniku na którym auto ledwo się mieści ponad 50 km/h. Zwalniam, bo nie chcę nikogo zabić. Gdyby ktokolwiek wyszedł przez furtkę na ten chodnik, z któregoś z domów jednorodzinnych byłby dramat. Prawie tracę go z oczu. Na szczęście po chwili nie wyhamował na rozkopanym skrzyżowaniu z drogą osiedlową i zatrzymał się tuż przed pojemnikami na szkło. Stanąłem za nim aby go zablokować. Już chcę do niego wysiąść po raz drugi, a ten łajdak cofa z impetem do tyłu. W ostatniej sekundzie zdążyłem cofnąć się o jakieś 2 m, bo rozwaliłby mi jeszcze przód. Spodziewałem się, że teraz ruszy w tą boczną drogę osiedlową, ale zgasł mu ten cholerny Matiz.

Wypadam z auta, myślę sobie: zaraz cię bydlaku wyciągnę przez tą szybę i nawet pasy mnie nie powstrzymają. Zanim nadjedzie policja to ci zrobię takie "obywatelskie zatrzymanie", że dostaniesz złotą kartę u stomatologa. Adrenalina mi szumi w uszach, albo to co innego, bo się nie znam na tym. Kroczę w stronę tej czerwonej padliny i nagle wysiada.
Moje plany obywatelskiego zatrzymania i wizja zębów na chodniku runęły jak domek z kart. Kierowca Matiza na pewno służył w carskiej armii. Przede mną ukazała się postać zgarbiona i nieco roztrzęsiona. Moje zamiary oczywiście uległy zmianie i teraz to go chciałem przytrzymać, żeby się nie przewrócił i mi tu nie umarł na zawał czy jakąś złośliwą osteoporozę. Ale on chyba błędnie odczytał moje szczere intencje i zaczął uciekać w błoto rozkopanej, remontowanej drogi. Doganiam go skacząc przez błoto, kałuże, porzucone krawężniki i wystające z ziemi studzienki jak górska kozica. Kto by się spodziewał, że on będzie taki szybki. Delikatnie łapię go za rękę i mówię, żeby nie uciekał, bo policja jest już w drodze. Nieco się uspokoił, radiowóz właśnie nadjechał. Była godzina 9:40.
Wracamy do samochodów i dopiero teraz mogę spojrzeć na moje auto. Ależ ja kląłem.
Wzmocnienie lewego przedniego narożnika w Matizie wbiło się w moje prawe przednie drzwi i rozcięło je na wylot na całej długości, podobnie tylne prawe drzwi, tylny błotnik żeby jeszcze drasnąć oponę. Wyglądało to jak potężny cios toporem lub drapnięcie tyranozaura. Niektórzy sobie naklejają na auta takie naklejki udające rozdartą blachę. Ja to miałem teraz na żywo, w wersji premium 3D!

Okazało się, że ten przemiły starszy Pan, który rozpruł moje piękne auto, liczy sobie 90 wiosen. Prawo jazdy posiada od połowy lat 50-tych i nigdy nie miał kolizji ani mandatu.
Nie był co prawda taki przemiły gdy zaczął twierdzić, że ja go prześladuję jadąc za nim, że w ogóle to on we mnie nie uderzył tylko ja w niego. Jak ku..., bokiem jechałem? spytałem zdziwiony. Przytoczyłem policjantom powiedzonko o uderzeniu kogoś "nosem w pięść i brzuchem w kolano".
Wtedy ten nobliwy pirat drogowy zaczął twierdzić, że to właściwie nie tak i to ja go wyprzedzałem! Policjanci sprawdzili poczytalność tego weterana pytając go czy wie jaki dzisiaj dzień tygodnia, miesiąc i rok. Dzień tygodnia znał, że sobota, ale w pozostałych kwestiach rozminął się z prawdą. Dodam przy tym, że ja na te pytania odpowiedziałem bezbłędnie. Policjanci spisali notatkę, wezwali kolegów z drogówki do dalszych "czynności" i odjechali. Na drogówkę czekaliśmy dobrą godzinę. Bynajmniej nie zawarliśmy w tym czasie przyjaźni, kilka razy musiałem go odwodzić od zamiaru odjechania z miejsca i w końcu wyciągnąłem mu kluczyki ze stacyjki aby mieć większą kontrolę nad tym nadspodziewanie żwawym osobnikiem. Oczekiwanie na drogówkę umilałem sobie kontemplowaniem uroczego rozprucia mojej karoserii.
Panowie z drogówki wysłuchali mojej relacji, oraz podlegającej nieustannym i gwałtownym mutacjom relacji mojego adwersarza.
Wsiedliśmy do samochodu policyjnego i udaliśmy się na miejsce zdarzania aby oddać się konfrontacji. Na miejscu wszystkie odłamki i inne okoliczności wskazywały na moje, co zostało skwitowane przez tego dziadka, że ktoś je specjalnie poprzesuwał. Policjanci zaprowadzili go przed znak drogowy ustąp pierwszeństwa pod którym był znak ostrzegający o przejściu dla pieszych. Na pytanie co to za znak odpowiedział: "Ee tam, to dla rowerzystów".
Wróciliśmy do samochodów. Stanęło na tym, że nie przyznał się do winy, więc sprawa trafiła do sądu. Policjanci zabrali mu prawo jazdy bo nie miał badań lekarskich (nigdy o nich nie słyszał). Wszystko trwało blisko 4 godziny.

Następne 4 miesiące zajęło mi załatwienie tej sprawy na policji (dodatkowe zeznania), w sądzie, w ubezpieczalni sprawcy, w moim serwisie (auto było na gwarancji). Ale tymi sprawami to już nie będę Was zanudzał.

Wisienką na torcie było to, że w serwisie, po naprawie za grubą kasę, złamali mi antenę do radia. Następnie obkleili ją taśmą i przymocowali jak gdyby nigdy nic.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Prawie Idealni , Blogger