stycznia 04, 2017

Karta rowerowa, "kredens" i rów - czyli kolejny pościg


Gdy miałem niespełna 7 lat, byłem na wakacjach u dziadków pod miastem. Byłem szczęśliwym posiadaczem wymarzonego roweru typu "składak" i bardzo lubiłem na nim jeździć. Ojciec zabronił mi się oddalać na nim od domu dziadków, dopóki nie będę miał "karty rowerowej". Dzisiaj już takich kart nie ma, a szkoda. 
Aby ją zdobyć trzeba było zdać egzamin z przepisów ruchu drogowego. Mam wrażenie, że większość dzisiejszych cyklistów nie ma o nich pojęcia.

No więc, jeździłem tam gdzie mi było wolno, ale okropnie mnie to nużyło. Pewnego dnia, kiedy babcia była czymś zajęta, a dziadek był w pracy, postanowiłem pojechać nieco dalej, aby obserwować samochody jadące po ruchliwej trasie. Bardzo lubiłem samochody. W okolicy było dużo warsztatów samochodowych i mogłem sobie do nich chodzić, czasem sam, czasem z dziadkiem. Nikomu to nie przeszkadzało i wszyscy mnie tam znali.

Dojechałem do tej drogi, z pewnym poczuciem winy, bo jakby ojciec się dowiedział, że jestem tak daleko to miałbym pozamiatane. Oparłem rower o jakiś znak drogowy i przyglądałem się samochodom. Po jakimś czasie podszedł do mnie mężczyzna tak mniej więcej w wieku moich rodziców.

- Dzień dobry, Milicja, czy posiadasz "kartę rowerową"? - powiedział grzecznie.
- Nie - odpowiedziałem cały w strachu, że "sprawa się rypła", ojciec się dowie gdzie pojechałem i zabierze mi rower!
- A czy wiesz że nie wolno jeździć na rowerze bez "karty"? - zapytał milicjant po cywilnemu.
- No...wiem, ale ja, tak tylko sobie tu stoję... - wyjąkałem.
- A gdzie Twoi rodzice?
- No w pracy, a ja tu jestem u babci - odpowiedziałem grzecznie milicjantowi. Miał ciemne włosy, wąsy i okulary przeciwsłoneczne.
- No to mamy kłopot. Musisz w takim razie pójść po babcię, a ja tu poczekam z Twoim rowerem.

Od razu skupiłem się na zadaniu sprowadzenia babci i tym jak ją przekonam, żeby nie mówiła ojcu. Ruszyłem w stronę domu. Nie tacy źli ci milicjanci myślałem w drodze. Mógł mnie wsadzić do więzienia albo powiedzieć ojcu co zrobiłem, a tu mnie tylko po babcię wysyła.

Byłem w połowie drogi, gdy obok mnie zatrzymał się "kredens" mojego dziadka, czyli FIAT 125p.
Dziadek wracał wcześniej z pracy, a trzeba tu zaznaczyć, że był taksówkarzem. Otworzył drzwi.

- Serwus. A gdzie masz rower? - spytał.
- Milicjant mi zabrał, bo nie mam karty rowerowej i idę po babcię - odpowiedziałem smutno.
- Wsiadaj! - dziadek to nie był frajer z pierwszej łapanki i od razu wiedział co robić.
"Kredens" zawrócił i po chwili byliśmy na miejscu, gdzie miał czekać milicjant z rowerem. Dziadek intuicyjnie skręcił w prawo w stronę wyjazdu z miasta. Fiat rozpędzał się z charakterystycznym gwizdem. Samochód był bardzo zadbany, podobnie jak mój dziadek, który do pracy zwykł jeździć w garniturze. Po kilku minutach szybkiej jazdy wyjechaliśmy z miasta i w następnej miejscowości, na przystanku PKS stał sobie rzekomy milicjant z moim ukochanym rowerem.
Dziadek zatrzymał samochód, wjeżdżając gwałtownie na przystanek. Wysiadł i dostojnym krokiem podszedł do, nie bójmy się go tak nazwać, złodzieja. Po czym bez słowa zaaplikował mu klasycznego "Johna Wayne'a" w szczękę, a "milicjant" wylądował w rowie melioracyjnym.
Miny osób na przystanku PKS bezcenne.
Dziadek rzucił do mnie: bierz rower.
Po drodze ustaliliśmy, że sprawa zostaje między nami.

Dziś mogę już się tym podzielić, bo ojciec mnie za brak karty rowerowej nie ukarze :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Prawie Idealni , Blogger