grudnia 27, 2016

Nasze 7 pierwszych aut #wartburg

Nasze 7 pierwszych aut

nr 1 Wartburg

Zanim doczekaliśmy czasów, że samochód kupiliśmy w salonie popijając kawę przeszliśmy długą i wyboistą drogę.
Drogę znaczoną rdzą, plamami oleju, potem oraz łzami!


#1 Wartburg

Na to było nas stać. Był absolutnie wyjątkowy. Pomalowany na żółto- czerwono, przyciągał wzrok i zazdrość innych. Albo może przyciągałby gdyby jeździł. To nie były czasy gdzie każdy może sobie zrobić tuning auta- zlecić lakiernikowi wymalowanie wyjących wilków z tle z gołą kobietą czy obklejenie auta chromową folią. Takie rzeczy nie były dostępne.
Nie było „pimp my ride” ani nawet innych biednych wersji tego programu. Nie było zabawnych naklejek na allegro czy doczepianych rzęs do lamp samochodów. Ci którzy chcieli się wyróżnić mieli do dyspozycji tylko swoje pomysły z dostępnych materiałów.
A to auto miało nawet ręcznie obszytą żółtą tapicerkę. Prezentowało się świetnie- jak tylko może się prezentować świetnie wartburg :P A no niestety, powiedzmy szczerze, to nie było aż tak dawno, żeby wartburg mógł być w tej historii topowym autem.
Kupiliśmy go od kolegi jako na chodzie i był takim do pierwszego skrzyżowania. I absolutnie nie jest to przenośnia.

Samochód oddaliśmy do naprawy w ramach reklamacji i remontem silnika zajął się ojciec kolegi. Wtedy nie mieliśmy świadomości że sznyt na cylindrze nie szlifuje się pilnikiem.

Dość ciekawie się nim jechało, gdyż biegi były w kierownicy. nie nastręczało to jednak problemów gdyż nie wszystkie biegi działały.
Do wyboru były dwie opcje: albo działa jedynka, dwójka, trójka i czwórka albo jedynka, dwójka i wsteczny. Wybraliśmy tą pierwszą. A jazda do tyłu była realizowana za pomocą wystawionej z auta lewej nogi lub pomocy pasażera. W związku z tym drobnym nieudogodnieniem staraliśmy się jeździć tylko do przodu.
Do przodu jeździł niezwykle przyjemnie i sprawne, pod warunkiem że co kilka kilometrów dolewało się benzyny bezpośrednio do gaźnika. Trochę to upierdliwe, ale nie sposób było o tym zapomnieć, bo samochód skutecznie przypominał  nam o tym stając np. na środku skrzyżowania.
Psuło to trochę efekt „mam zajebisty samochód”, ale co zrobić- nic nie jest idealne. Szczególnie pierwszy samochód.

„Warburginni” jak go nasi znajomi określili, miał kilka poważniejszych usterek w trakcie naszych wojaży. Pierwsza to jak się skończył akumulator. A właściwie to chyba udawał tylko, że się skończył. Tak sobie Warburginni stanął i nie chciał jechać pomimo podwójnej dawki zaaplikowanej w gaźnik. I już silnikiem nie zakręcił. No to trzeba go „na pych” odpalić i będzie git. Wykonanie tego planu utrudniała nieco zawartość bagażnika, bo woziliśmy w zanadrzu drugi blok silnika z głowicą, dwa alternatory, półosie i jeszcze inne przydatne „szpeje”. Ale nie pomyśleliśmy o tym że warto mieć jeszcze zapasowy akumulator.
No więc pcham, ciężko to idzie i odpalić się nie udaje. No i teraz pytanie. Co to jest „wolne koło”? Ktoś wie?
Nie wiecie, pewnie ze nie, za młodzi jesteście i my też wtedy nie wiedzieliśmy, a wujek google to jeszcze wtedy tylko do 10 umiał liczyć. To taki fajny wynalazek występujący w „dwusuwach” , ułatwiający jazdę w trasie i zjazdy z górki. Takie sprzęgło jednokierunkowe włączane stosowną dźwignią. U nas było włączone.
Mogłem tego złoma zapchać na Kamczatkę i by nie odpalił z tym dziadostwem załączonym. Trzeba czytać instrukcje obsługi. Po kilku kilometrach pchania akumulator jakoś ożył sam z siebie i przestał sobie żarty stroić. I jakoś pojechaliśmy dalej.
Potem było jeszcze kilka drobnych usterek i miałem okazję doszlifować swoje umiejętności w szybkim i sprawnym wyciąganiu i montowaniu silnika. Gdyby ten pojazd posłużył nam nieco dłużej zapewne doszedłbym do takiej wprawy, że zajmowałoby to krócej niż wymiana opon w F1. Gdyby wtedy nagrywano „mam talent” na pewno poszedłbym tam z tym silnikiem i wycisnąłbym łzy z oczu pani Małgosi.

Ale nadszedł dzień, a właściwie to noc kiedy wracaliśmy do domu z jakiejś imprezy. No i tak sobie mkniemy za czwóreczce 93,5 km/h i nagle trzaski i iskry spod maski. Mieliśmy chwilę zwątpienia a Ania to nawet chciała się zatrzymać, ale mówię że lepiej nie wiedzieć i trzeba jechać dalej (miałem już w myślach pchanie tego dziada z tym złomem w bagażniku do domu). Iskry, błyski i hałas ale jakoś się toczył sukcesywnie tracąc prędkość ale każda sekunda to mniej pchania. Gdy prędkość spadła do 20 km/h dojeżdżaliśmy do stacji benzynowej, na której postanowiliśmy zatrzymać się jednak na naradę i ewentualnie skorzystać z telefonu (bynajmniej nie komórkowego). Byliśmy w posiadaniu stosownego żetonu.
Oczekiwanie na wezwaną przyjacielską pomoc Ania umilała sobie kopnięciami w karoserię, a że miała urocze martensy to Warburgini w tym starciu przegrywał. Nasz przyjaciel przyjechał do nas samochodem FIAT 126p. Próby uruchomienia samochodu spełzły na niczym i konsylium w świetle latarki stwierdziło brak sprężania w silniku. Oczywiście wgniecenia w karoserii przyciągnęły uwagę co zostało skwitowane: ale ktoś wam go urządził.
Wróciliśmy „maluchem” do domu a nazajutrz zorganizowaliśmy akcję holowania. Lawety nie mogliśmy wzywać, bo koszt transportu znacząco przekroczyłby wartość samochodu. Znowu sobie silnik wyciągnąłem dla wprawy. Wtargałem do do domu, odkręcam głowicę patrzę a tu ciekawostka- widzę wał silnika, ale nie ma tłoków. Zmieliły się, a właściwie to wał je zmielił. Taki żarcik na pożegnanie. Nie było sensu tego naprawiać.

Ale jeśli myślicie że to koniec historii to jesteście w błędzie. Jakiś czas później poznałem kolegę który miał ksywę "Wiking". Nic dziwnego- wyglądał jak wielki wiking.
I zgadnijcie jaki pojazd służył "Wikingowi" do przemieszczania? Okropny, przegnity, poobijany, brudny, upodlony Wartburg. Prastare germańskie legendy wspominały że kiedyś był biały. To był pierwszy sprawny pojazd w którym widziałem prawdziwy festiwal rozpasanej korozji. W błotnikach dziury były tak wielkie, że można było w nie wsadzić rękę. To był prawdziwy "mad max" a dzisiejsi miłośnicy "Rost style" i zardzewiałych samochodów z pewnością biliby temu "demonowi korozji" pokłony. Nie było w tym samochodzie jednego niepoobijanego fragmentu karoserii. Wyglądał jak świeżo po dachowaniu, ale miał wszystkie szyby. Każda opona była inna. Ale mechanicznie to była igła.
Tak więc sprzedałem swojego Wartburga Wikingowi i z tych dwóch piekielnych urządzeń transportowych powstało jedno, ale jakie. W nasza piękną bordową karoserię, z żółtymi elementami, zderzakami, tapicerką, z żółtą deską rozdzielczą i klamkami trafił  znakomity, dopieszczony i wspaniale utrzymany silnik dwusuwowy, zasilany dwu gardzielowym gaźnikiem Webera. Wiem że jeździł jeszcze kilka lat. Kto wie, może nadal istnieje?

A jaki był Twój pierwszy samochód? Jaka jest jego historia? Nówka sztuka z salonu, obwiązana kokardą w prezencie od rodziców czy autko, przy którym Niemiec płakał jak sprzedawał?

Na blogu już auto nr 2! Passat B1
Oraz auto nr 3! Pontiac Fiero


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Prawie Idealni , Blogger